Do mojego pokoju wpadła oszołomiona Raini i głośno krzyczała. Jak wariatka skakała po po łożku i piszczała z radoścI. A już myślałam, że po prostu przestraszyła się pająka.
- Lau... nie uwierzysz - zaczęła podniecona. - Znalazłam w internecie światną ofertę wakacyjną. Tanią, z dobrym hotelem i tanim przelotem do L.E. Weźniemy Nessę i lecimy, co?! - przytuliła mnie.
- Hm... - podniosłam brew. - Dobrze się czujesz?! Zarz wrzesień. Szkoła, te sprawy. - ziewnęłam i owinęłąm się szczelnie kołdrą, nie zwracając uwagi na przyjaciółkę.
- Laura!!! Wstawaj małpo, jedna, głupia, wstrętna! - wrzasnęła i szybkim ruchem zdarła ze mnie ciepłe okrycie. - Możemy tam się uczyć... jest szkoła dla uzdolnionych - podkreśliła z dumą.
- No i? - pokręciłam głową.
- I Vanessa nas do niej zapisze! - pomachała mi nad głową ulotką ładnie pomalowanego budynku.
- W życiu się nie zgodzi. Nie jest idiotką...
- Na co się nie zgodzę? - odezwał się głos za nami. W drzwiach stała moja "cudowna" siostrzyczka, rozpromieniona niczym anioł.
- Laura uważa, że jesteś wredna i nie wyjedziesz z nami do Los Angeles, w celach naukowych.
- WTF?! Zaraz możecie się pakować, załatwię nam jeszcze dzisiaj samolot - stwierdziła i wzięła jedną z reklam wydrukowanych przez czarnowłosą.
Spiorunowałam wychodzącą "piękność" wzrokiem, po czym ruszyłam tyłek i poszłam odświeżyć się do łazienki. Nie wierzyłam własnym uszom. Obie wariatki chcą wyjechać. Hello, czy tylko ja posiadam jeszcze zdrowe zmysły?! Dom w U.S.A kosztuje fortunę, szkoła pewnie też.... - pomyślałam i oblałam twarz wodą. Dokładnie przeanalizowałam już swoje plany na przyszłość - liceum, studia w Miami, a potem założenie rodziny. Nie jakieś chore rewolucje, typu WYJAZD DO LOS ANGELES! Nieważne Laura. Uspokój się. Nigdzie się stąd nie ruszysz. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam z łazienki. Z hukiem rzuciłam się na łóżko, założyłam słuchawki i weszłam w świat, gdzie wszystko była jak chciałam. Miałam tam księcia z bajki, wspaniałe życie. Reszta się nie liczyła.
***
Po około trzech godzinach, śpiewania ukochanych hitów, poszłam sprawdzić, co robią dziewczyny. Jak na nie, na dole było wyjątkowo cicho. Powiedziałabym, że nawet za chicho. Zazwyczaj ich wrzaski przyprawiały mnie o silne bóle głowy, ale dzisiaj zatęskniłam za nimi.
- Jest tu kto? - wydarłam się, jak rodzący piątkę dzieci słoń.
- Ciii! - obróciłam się gwałtownie, i ujrzałam je, jak wytężając wzrok szukały czegoś w laptopie.
- Em... mogę spytać, co wy do cholery robicie? - załamałam ręce, siadając obok nich.
- Szukamy pracy dla mnie - powiedziała Nessa, nie odrywając wzroku od monitora.
- I do tego potrzebujecie ostoi spokoju, tak? - uniosłam brew, nie dowierzając.
- Trzeba się skupić. Nie możemy nic przeoczyć. - wyjaśniła Raini. - Bilety zalatwione, edukacja też. Ostatnim punktem dzielącym nas od zrewolucjonizowania L.A jest... robota Vanessy.
- Czyli, że, serio WYJEŻDŻAMY?! - znów powtórzyłam "ryk roku".
- Zamknij się wreszcie! Mówiłam ci, że wszystko pójdzie jak po maśle. - ucieszyła się przyjaciółka, której nagle zapragnęłam dać w twarz, i to potężnie.
- Chcecie rzucić to - ręką wskazałam widok za oknem - Na Hollywood, pełne narkomanów, alkoholików, palaczy i pustych gwiazd?! - powoli traciłam hart ducha. Wiedziałam, że ich decyzja jest nieodwołalna, ale... warto poświecić się dla miejsca, gdzie przeżyłam tyle cudownych lat. No ok... może niekoniecznie takich "cudownych", lecz zmierzyć się z nienawiścią trzeba, nie?
- Lauruś... Daj sobie spokój. Tam będzie jeszcze lepiej! Zresztą w Miami, jest też wiele niebezpieczeństw! Myśl racjonalnie! - zachichotała i walnęła pięścią w stół. Przewróciłam oczami. Jak one nic nie rozumiały...
- EJ....CHYBA TO MAMY! - krzyknęła Raini. A więc im wolno drzeć mordę? Hę?
- CO? GDZIE? JAK? KUR*A! - siostrunia potrząsnęła czarnowłosą , zmuszając ją do gadania. DZIECINADA! - westchnęłam.
- Pójdziesz na casting! Przecież jesteś dobrą aktorką. Dasz sobie rade, wierzę w ciebie. - przekonywała, widząc niezbyt tęgą minę Van. Może jednak wyjazd spali na panewce? Błagam!
- Może się udać - potrząsnęła głową, nagle z dużą doza pewności siebie. No nie! Czy ja naprawdę mam takiego pecha?! Wszystko dzieje się na opak. Ugg...
- No to dziewczynki, pakujemy manatki i podbijamy świat! - obie, przytuliły mnie, piszcząc i skacząc, jak małe dzieci.
Z ciężkim sercem, wyciągnęłam starą jak świat, czarną walizkę na kółkach i prawdę mówiąc "wywaliłam" do niej wszelkie ubrania z szafy. Nie miałam chęci starannie ich układać. Co ja mówię.. Nie miałam chęci ich w ogóle pakować! Niestety, jak zawsze nie miałam nic do gadania. Nie miałam prawa się przeciwstawiać, protestować ani strajkować! Bo ludzie zawsze starali się, aby im było dobrze. Nikt się nie zastanawiał czego ja chcę... Bo przecież byłam nic nie znaczącą suką na tym durnym świecie!
Z ciężkim sercem, wyciągnęłam starą jak świat, czarną walizkę na kółkach i prawdę mówiąc "wywaliłam" do niej wszelkie ubrania z szafy. Nie miałam chęci starannie ich układać. Co ja mówię.. Nie miałam chęci ich w ogóle pakować! Niestety, jak zawsze nie miałam nic do gadania. Nie miałam prawa się przeciwstawiać, protestować ani strajkować! Bo ludzie zawsze starali się, aby im było dobrze. Nikt się nie zastanawiał czego ja chcę... Bo przecież byłam nic nie znaczącą suką na tym durnym świecie!
***
O 5:00, byłam już na nogach. Wyobrażacie sobie?! Zostałam brutalnie zbudzona, przez dwie małpy, które niby niewinnie, zaczęły walić w drzwi, jak opętane. W końcu uległam i w ponurym nastroju wyszłam z pokoju. Myślałam, że je uduszę, poćwiartuję, a głowy powieszę na balkonie, niczym trofeum. O, tak! Piękna myśl.
- Nie ma czasu na marudzenie, kochana! Masz 15 minut, aby jakoś się ogarnąć, bo potem jedziemy na lotnisko! - Nessa klasnęła w dłonie, prezentując przy tym nienaganną posturę. Zmierzyłam ją wzrokiem typu "Giń, wstrętna istoto" i podreptałam w stronę pokoju czystości. Tam, wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w jakieś ubrania, które wpadły mi w ręce i na prędce zakręciłam włosy. Uf... zdążyłam, Nie wyglądam jakoś idealnie, ale nie wezmą mnie przynajmniej za zwierzę.
W trochę lepszym nastroju, usadowiłam się po raz ostatni na moim łóżku. Wiedziałam, że będę tęsknić. Za Miami. Za codziennymi spacerami po plaży. Za moim dzieciństwem. Za wszystkimi ludźmi, których tu spotkałam, lecz nie zamieniłam z nimi nawet słowa.
- Lauraaaaaaaaaaaaa! Weź ten zgrabny tyłeczek na dół, bo taxi stoi na zewnątrz! - usłyszałam głośne krzyki na korytarzu. Pomyślałam, że czas ruszać. Musze myśleć pozytywnie. Ułoży się jakoś. W końcu będę miała czas, aby pokazać, że jestem twardą, inteligentna KOBIETĄ, a nie małą, nieśmiałą DZIEWCZYNKĄ. Zmieniłam się i zmienię jeszcze bardziej. Na lepsze.
Złapałam rączkę walizki, ukradkiem ocierając pojedynczą łzę. Nie rozkleję się. To już nie w moim stylu!
***
Na lotnisku, były straszne tłumy. Zewsząd dało się słyszeć narzekania wiecznie niezadowolonych ludzi. Ok, mi też przeszkadzały zbyt wolne odprawy, ale trzeba mieć trochę kultury i uszanować pracę innych osób, a nie wyrażać głośno swoje zdanie. Za przykład takiego "opryskliwego" zachowania podam małżeństwo, stojące za mną.
- Kur*a, jego mać! Ileż można czekać, co? Więcej was matka nie miała? Ja pierd**e, jak tylko dolecę na miejsce, to od razu składam skargę do sądu! Tak być nie będzie! - awanturował się mężczyzna.
- A co ja ci zrobię! Te ch*je zapłacą za to, że nie dotrzemy na czas. Opierdzielają się jak słonie w porcelanie! Albo muchy w smole! - kobieta, w pełni podzielała jego zdanie. Ugh... naprawdę wielkie hamstwo, Chciałam dołożyć swoje dwa grosze, ale uznałam, że nie będę zniżać się do rozmowy z dziadami bez manier. Na szczęście, długo już nie musiałam znosić ich gadaniny. Kolejka szybko zaczęła się przesuwać. Vanessa i Raini już przeszły przez odprawę. Nastąpiła moja kolej. Powiedziałam grzeczne "Dzień dobry" i podałam około trzydziestoletniej kobiecie bilet. Miło się do mnie uśmiechnęła, a potem przez pięć minut macała bilet w dłoniach. Miałam się zapytać, czy coś nie tak, lecz w tej chwili oddała mi kawałek papieru i wskazała na wejście. Skinęłam głową i pospiesznie ruszyłam na miejsce. Bałam się, że zabraknie miejsc, więc nie szukając dziewczyn, usiadłam obok jakiejś śpiącej staruszki i chłopaka emo. Przez jeszcze jakieś 20 minut, do samolotu wlewał się tłum osób, przy czym,, każda odgrażała się policją, sądem czy prokuratorem, dlatego odetchnęłam z ulga, gdy stewardessa, powiadomiła nas o starcie. Zapięłam pasy, w tej samej sekundzie, gdy samolot ruszył. Nie pozostawało mi nic innego, jak odpłynąć w objęcia Morfeusza.
***
Ok... rozdział pojawił się jeszcze w roku 2014, więc możecie mi pogratulować, że spięłam się i coś napisałam. Sama w to nie wierzę! Z góry przepraszam, że wyszło nudno, ale obiecuję, że niedługo akcja się rozkręci. No nic... kochani, czytajcie i komentujcie, bo to dla mnie bardzo ważne. Naprawdę. Do następnego... kocham Was Miśki ♥
Cudo <3
OdpowiedzUsuńSuper czekam na next
OdpowiedzUsuńDawaj szybko next!!
OdpowiedzUsuńSuper!Czekam na nexta
OdpowiedzUsuńŚwietny :)
OdpowiedzUsuńCzekam na szybkiego nexta
Ooooł *_* Ciekawie się zaczyna! Już się biorę za kolejną lekturę Kochanie :)
OdpowiedzUsuńŚwietny czekam na next
OdpowiedzUsuńWow ! Boski rewelacja z niecierpliwością czekam na next :)
OdpowiedzUsuńTak żeś mnie męczyła więc jestem.
OdpowiedzUsuńNie chce mi się pisać, ale coś tu jest.
Czekam na ten ich wyjazd :3
Rozdział mega ^^
Pozdrawiam,
Pinki xx
Ps. Chyba będzie coś napisać na naszym blogu czo?
Jak obiecałam, tak jestem!!! ^^
OdpowiedzUsuńCiekawie się zapowiada... Wyjeżdżają do L.A :P :D
Laura kujon? hahahahhah XDD
Świetnie piszesz ;**
I masz wyobraźnię!! A tym bardziej, kiedy ci sie to przysniło hahahhahaha :P
Tak, wierzę ci ^^
Czekam na nexta :D